Zachód, fragment pierwszy
Premiera tomu II za pasem – prezentujemy zatem pierwszy fragment jednego z opowiadań z Zachodu 🙂
Sakiewka pełna węży
– Milcz! I słuchaj! Teraz, gdy Meekhan wycofał się na wschód, Ponkee-Laa to najpotężniejsze z nadmorskich miast. Formalnie jest częścią księstwa Fiilandu, ale książę jest tu tak naprawdę gościem, a nie władcą. Rządzi Rada. A Wysseryni mają sny o potędze. O stworzeniu unii nadmorskich portów, kontrolującej handel wzdłuż całego wybrzeża. O chwyceniu za gardło meekhańskich kupców, którzy zachowują się, jakby Imperium ciągl władało wybrzeżem. O stworzeniu nowego imperium, morskiej potęgi, kontrolującej zachodni kraniec kontynentu. Gadają o tym od lat i jeśli zdobędą przewagę w Radzie, mogą spróbować zrealizować te plany. A wiesz, od czego zaczną? Od wojny z Ar-Mittar. To nasi najwięksi konkurenci, ich port przyciąga niemal tyle samo statków co nasz, mają bliżej do kopalń i hut zachodniego Glehs, więc żelazo i broń są u nich tańsze, i powoli odbierają naszym kupcom rynki. Eeeech. – Zirytowany przywódca gildii machnął ręką. – Po co ja ci to mówię? To nie są sprawy na gówniarski łeb. Leż. Leż, mówię! I nie waż się zasnąć, bo nie będę więcej wydawał pieniędzy na uzdrowicieli.
Cetron wstał.
– Jak wypoczniesz, wynoś się stąd – rzucił, idąc w stronę drzwi. – I nie pokazuj mi na oczy przez najbliższe dni. Ja spróbuję dowiedzieć się, ile tak naprawdę narobiliście szkód.
Zatrzymał się w progu.
– I oczywiście masz całkowity zakaz zbliżania się do Wysokiego Miasta, Alt. Źadnych szczeniackich honorowych zemst i innych głupot, sprawdzę. Sanwes sam był sobie winien, zapamiętaj.
Wyszedł.
Altsin nie trudził się z odpowiedzią, bo od dłuższego czasu było jasne, że Cetron nie tyle go do czegoś przekonuje, ile próbuje uspokoić własne obawy. Gwałtowne zmiany w Radzie zawsze zwiastowały kłopoty, a kłopoty to nie było coś, na czym zależałoby szefowi jakiejkolwiek gildii. Zwłaszcza kiedy jego dzielnica sąsiadowała z Wysokim Miastem.
Lecz teraz najważniejsze było, że Sanwes nie żył. Przebity mieczem i zatłuczony na śmierć jak dzikie zwierzę.
Od samego początku nie miał szans, jego los przypieczętował się już w chwili, gdy młody baron wypatrzył go i uznał, że będzie doskonałym narzędziem do realizacji jego planów. Nie gra się z kimś w kości o cesarskie orgi przypadkowo, jeśli potem wyciągasz podrobione dokumenty i proponujesz inną spłatę zaciągniętego długu.
Sanwes był głupcem, tak.
Mimo wszystko.
Zabili go jak psa.
Altsin zacisnął zęby
Zajdel dla Wegnera!
Z ogromną radością informujemy, że Robert M. Wegner otrzymał Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za rok 2009 za opowiadanie Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami ze zbioru Opowieści z meekhańskiego pogranicza Północ – Południe. Opowiadanie jest dostepne w formie PDF w czytelni Powergraphu.
Nagrodę w kategorii powieść otrzymała Anna Kańtoch za książkę Przedksiężycowi (tom 1).

Drugi fragment Wschodu
Już jutro, w czwartek 26 VIII, w Cieszynie zaczyna się Europejski Konwent Miłośników Fantastyki Tricon, na którym tajnymi ścieżkami przedsprzedaży będzie można zaopatrzyć się w II tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód Roberta M. Wegnera 🙂 Poniżej prezentujemy II fragment Wschodu. Oficjalna premiera książki 8 września.
I będziesz murem
Zanim doszła na miejsce, wiedziała już, że nie będzie łatwo.
Wdowa po zielarzu czekała na nią przed domem. W rzadkie, siwe włosy wplotła czarne wstążki. Wiedziała.
W promieniu kilkunastu kroków stał tłumek ciekawskich. Stara Weira nie cieszyła się zbytnią sympatią. Uchodziła za wiedźmę i trucicielkę. Większość gapiów przyszła chłeptać jej ból.
Kailean podeszła wprost do wdowy. Podała jej wodze.
– Przyprowadziłam go do domu, matko Weiro.
Czarne oczy patrzyły z ponurą zawziętością.
– Przyprowadziłaś? A mnie się zdaje, że mój Solwen leży gdzieś wśród traw z czarną strzałą w sercu, a kruki i wrony wydziobują mu oczy.
Kailean gwałtownie wciągnęła powietrze. Po chwili, zgodnie ze zwyczajem, powtórzyła:
– Przyprowadziłam go do domu. Poległ śmiercią wojownika.
Śmiech starej kobiety był straszny.
– Śmierć wojownika? Mnie nie oszukasz, dziewczyno. Ja wiem, jak było. Śniłam o tym. O burzy na stepie, nocy, wichrze i deszczu. O błyskawicach na niebie i na ziemi, szaleńczym pędzie przez morze traw. O rżeniu koni, świście strzał i szczęku ostrzy. Czułam jego strach, strach mojego małego syneczka, i czułam jego wstyd z powodu tego strachu. Czułam jego odwagę i głupią, szaleńczą nadzieję na życie.
Pojedyncza łza spłynęła po pomarszczonym policzku.
– Czułam strzałę, która trafiła go w pierś, wraz z nim spadłam z konia i skonałam tam, na stepie, w deszczu, błocie i bitewnej wrzawie.
Czarne oczy zapłonęły nienawiścią.
– Więc nie mów mi, że przyprowadziłaś go do domu! Zostawiłaś go tam, w błocie, ty i ten pomiot Przeklętych, Laskolnyk!
Kailean przymknęła oczy. Ten kamień był cięższy, niż myślała.
– Taki los – szepnęła.
– Los?! Los!! Jego los tkał Szary Wilk, odkąd Solwen przystał do waszego czaardanu. Ale i los Laskolnyka wkrótce się dopełni. Słyszysz? Dopełni się. Śmierć ku niemu idzie, śmierć w deszczu i burzy, i w świetle błyskawic. Śniłam o tym zeszłej nocy. Strzeż się, Kailean, bo i ciebie widziałam. Jechałaś na ogierze czarnym jak noc, a za tobą był ogień i dym. Szablę miałaś w ręku, zbroję z kości i piór, a na twarzy krew. I śpiewałaś, a słowa pieśni były czarnymi ptakami, które leciały ucztować na zmarłych. Strzeż się, Kailean.
Tłumek zaszemrał. Wiadomo było, że zielarka czasami wieszczyła. Kilka kobiet uczyniło znaki odpędzające zło. Kailean po raz trzeci wyciągnęła ku niej wodze.
– Przyprowadziłam go do domu. – To dziwne, ale głos jej nie drżał. – Przyjmiesz jego duszę, czy mam ją pognać w step?
Pomarszczona dłoń ujęła rzemień. I nagle z wdowy wyparowała cała surowość i gniew. Zachwiała się i gdyby nie wodze, upadłaby na ziemię.
– Witaj w domu – szepnęła ledwo słyszalnym głosem. – Witaj w domu, syneczku.
Odwróciła zlaną łzami twarz do dziewczyny.
– Dlaczego?! – Jej głos łamał się i drżał. – Dlaczego, Kailean? Dlaczego właśnie on? Dlaczego nie kto inny? Dlaczego nie ja?
Wykrzyknęła to ostatnie pytanie prosto w niebo. Kailean ją objęła.
– Nie wiem, matko Weiro. Jestem tylko głupią dziewczyną. Niewiele wiem. Taki los.
Powoli starsza kobieta zaczęła się uspokajać.
– Los, powiadasz. Niech będzie, że los.
Niezręcznie wyswobodziła się z objęć.
– Dziękuję, że go przyprowadziłaś do domu, Kailean. Jego dusza jest wdzięczna – dodała tradycyjną formułkę.
Słysząc tętent kopyt, dziewczyna się odwróciła.
– Kailean! – Lea wyglądała, jakby właśnie kończyła dziesięciomilowy wyścig. – Wszyscy do Vendora. Błyskawice pod miastem!