Imperium Meekhańskie – wywiad z Robertem M. Wegnerem

Wegner Targi Warszawa 2017 zapowiedz
17 maja 2017
dni_fantastyki_500
Robert M. Wegner na Dniach Fantastyki we Wrocławiu
5 lipca 2017
Pokaż wszystkie

Imperium Meekhańskie – wywiad z Robertem M. Wegnerem

wywiad_robert_2

wywiad_robert_1

W oczekiwaniu na spotkanie z Robertem M. Wegnerem na Dniach Fantastyki we Wrocławiu zachęcamy do zapoznania się z wywiadem, przeprowadzonym na Pyrkonie przez „Imperium Meekhanskie

 

 

 

 

Robert M. Wegner w
Szczurzej Norze
Wywiad z autorem „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”

 

Czy konwencja fantasy była celowo wybrana? Nie obawiałeś się, że będziesz jednym z wielu?

Moja kariera literacka przebiegała dość wolno. Po pierwszych opowiadaniach nie nastawiałem się na to, że będę pisał wielki cykl fantasy, chodziło raczej o napisanie fajnych historii, które potem, dzięki Bogu, były dyskutowane na forach. A taki odzew jest potrzebny każdemu debiutantowi. Dobrze było przeczytać opinię o tym, że to teksty nad którymi przyjemnie spędza się czas. Wtedy istniał już jakiś świat, ale nie oznaczało to od razu, że zostanie on zmieniony w cykl. Dlatego zacząłem od opowiadań, żeby sprawdzić, czy inne kawałki tego świata i pokazanie go z różnych stron mają sens. Stąd wzięły się różne konwencje, którymi posłużyłem się w opowiadaniach, jak na przykład coś co można nazwać opowieścią detektywistyczną, lub thrillerem w „Krwi naszych ojców”. Pisanie fantasy w Polsce jest trudne i nigdy do końca nie wiadomo, czy to co napiszesz w ogóle się sprzeda i będzie chętnie czytane.

Swego czasu karierę zrobiło określanie się jako „pisarza-architekta”, lub „pisarza-ogrodnika”. Jak to wygląda u Ciebie? Planujesz z góry, to co napiszesz, czy podążasz za historią?

Jestem ogrodnikiem, który wie jak na końcu ma wyglądać jego ogród. Piszę spontanicznie, nie planuję, nie tworzę konspektów. Kiedy raz spróbowałem, natychmiast straciłem ochotę na pisanie – bo wiedziałem, jak to się wszystko zakończy. Podążanie za historią sprawia mi najwięcej przyjemności. Siadając do pisania wiem z grubsza o czym ma być tekst. Przykładowo: zaczynając „Gdybym miała brata” wiedziałem, że Yatech po powrocie do domu będzie tak podłamany, że spowoduje to konflikt, zakończony krwawą walką, przez co odejdzie na pustynię. To, że zacząłem rozmową Deany z Aerinem, co postawiło ją w pozycji głównej bohaterki opowiadania nie było planowane, podobnie jak cała treść ich rozmowy dotycząca historii i religii Issaram. To wszystko tworzyło się w trakcie pisania. Podobnie sytuacja wyglądała w „Szkarłacie na płaszczu”, który miał skupiać się na dyplomacji Imperium. Historia niepełnosprawnego chłopca pojawiła się nagle i miała za zadanie pokazać stosunek danego ludu, w tym przypadku Wessyrczyków, do takich osób. To, że wplątały się w to Szóstki zupełnie nie było planowane. Najczęściej dotyczy to jednak drobiazgów, jak na przykład rytuał położenia pasa na progu, co jest równoznaczne z oświadczynami u Issaram. Traktuję to jako szczyptę pieprzu, która dodaje smaku opowieści.

Czy ze względu na takie podążanie za opowieścią robisz sobie notatki na własny użytek, chociażby zwyczajów u Issaram, które są rozsiane po wszystkich książkach?

Wszystko mam w głowie i raczej nie mam zwyczaju spisywania osobno faktów, które przedstawiam w książkach. Pewnie w przyszłości będę musiał coś takiego zrobić, żeby nie pomylić się w czymś ważnym, ale podchodzę do mojego uniwersum w sposób otwarty. Issarowie są zróżnicowani pod względem zwyczajów i  plemiona zachodnie mogą mieć zupełnie inne tradycje i rytuały, niż wschodnie. Ważne są podstawy, które wiążą tę wspólnotę jak to, że nikt spoza Issaram nie może zobaczyć twarzy członka plemienia. Choć i to potrafi być różnie interpretowane. Jeden Issaram zabije każdego, wobec którego będzie miał choć cień podejrzenia, że zobaczył jego twarz. Inny weźmie pod uwagę różnicę w „zobaczeniu”, a „ujrzeniu” twarzy i daruje komuś takiemu życie, co chciałem pokazać w „Pamięci wszystkich słów”. Piszę o ludziach, a oni są bardzo, bardzo różni.

Mimo tego w „Opowieściach” dość łatwo zauważyć, że posługujesz się archetypami bohaterów, które często pojawiają się w literaturze fantasy.

Mam wrażenie, że dzięki archetypom czytelnik dużo łatwiej wchodzi w świat i lepiej go poznaje. Ktoś stworzył kiedyś listę, która pokazała, że w całej ludzkiej kulturze występuje coś około 35 głównych archetypów i tego się nie da przeskoczyć, jeśli chcesz zachować pewne prawdopodobieństwo tej postaci. Trudno zrobić świetnego łucznika z jednorękiego, ślepego karła. Kiedy tworzyłem w wieku lat nastu te pierwsze opowiadania, pojawiła się u mnie myśl, że główni bohaterowie stworzą coś w rodzaju drużyny z RPG, bo są do tego wręcz idealnie skrojeni. Na szczęście szybko to zarzuciłem. Mimo, że doprowadzam do ich spotkań, niewykluczone, że koniec końców staną po przeciwnych stronach barykady i wcale nie jest oczywiste, komu czytelnik będzie kibicować. Zestaw głównych bohaterów też nie jest ostatecznie ustalony. Postaci drugoplanowe będą wychodzić na czoło, głównie dlatego, że chcę uniknąć sytuacji, gdzie garstka bohaterów obdarzonych jest supermocą, która pozwala im natychmiast znaleźć się w miejscu na drugim końcu świata, bo dzieje się tam coś ciekawego. Ważne też jest dla mnie opowiadanie danej historii z perspektywy wielu postaci z różnych kultur.

Twoi bohaterowie mają też jasno wyjaśnione pochodzenie, pokazane są ich rodziny. Dość wyraźnie jednak rzuca się w oczy, że background Kennetha nie jest tak bogaty, jak przykładowo Yatecha. Praktycznie nic nie wiemy o jego przeszłości. Dlaczego?

Z Kennethem miałem problem. Jak wiemy nosi on meekhańskie nazwisko i jest ćwierć krwi Meekhańczykiem. Zapewne będę musiał to wyjaśnić w przyszłości, chociażby krótkim akapitem, żeby nikt nie myślał, że jest to osoba, która pojawiła się znikąd. W przypadku porucznika i jego historii bardziej chciałem skupić się na bohaterze zbiorowym, jakim są Czerwone Szóstki, nawet bardziej niż przy czaardanie Laskolnyka, który także jest zbiorowością jednostek. Jednak w  tym drugim przypadku Kailean i Daghena w pewnym momencie przejęły prowadzenie, a opowiadanie „Oto nasza zasługa” było świetną okazją do przedstawienia czaardanu bardziej szczegółowo. To opowiadanie nasunęło także możliwość do pokazania jak powstają protoplemiona z ludzi z różnych grup – co może ich łączyć bardziej niż wspólny język i wspólna religia. Historia Kennetha jest chyba najbardziej normalna ze wszystkich bohaterów i może dlatego jego background wydaje się być trochę zaniedbany. Ma zwyczajną rodzinę, z którą teraz utrzymuje nieco mniej kontaktu, bo służba i w ogóle, wiecie, nie ma internetu ani Facebooka.  Najważniejsze w Kennethcie jest chyba to, że chłopak bardzo się stara. Ze wszystkich moich głównych bohaterów porucznik ma najmniej specjalnych umiejętności. Jego siłą są Czerwone Szóstki, choć sam nie bardzo rozumie jak to się dzieje, że ludzie go słuchają i za nim idą. Mam nadzieję, że udaje mi się to przedstawić, jako coś w rodzaju charyzmy, która powoduje, że żołnierze w Kennetha wierzą i słuchają go na zasadzie zaufania, jakim obdarza się dobrego dowódcę.

Wydaje nam się, że nie tylko jego ludzie za nim idą, ale też czytelnicy, ponieważ Kenneth jest bardzo lubiany.

Trochę mnie to zastanawia, ponieważ na przykład w pierwszym opowiadaniu Kenneth każe wyrżnąć gromadę kobiet i dzieci. Wraz ze swoim oddziałem dokonuje klasycznej, oczywiście w naszym znaczeniu tych słów, zbrodni wojennej. Nie próbuje nawet nikogo ratować, lub chociaż wziąć jeńców. Chciałem jednak zaznaczyć, że Kenneth wychował się w świecie, gdzie takie rzeczy się po prostu robi. Tamtejsza moralność oparta jest na dość surowym kodeksie i zasadzie – robisz złe rzeczy, to i my zrobimy tobie złe rzeczy i nie będziemy się zastanawiać nad powodami twojego postępowania. To taka lustrzana etyka. Kenneth wciela tę zasadę w życie i się przy tym nie waha, ani nie ma wyrzutów sumienia. Górska Straż tak działa, bo nie mogłaby zaistnieć w tym świecie kierując się innym kodeksem. No i jeśli ich moralność nie zgadza się z regulaminem wojskowym, to regulamin schodzi na dalszy plan, zawsze jednak z zastrzeżeniem, że są pewne granice w jego naginaniu.

Z drugiej strony, po małym rekonesansie na naszym fanpage’u Imperium Meekhańskie na temat najmniej lubianych bohaterów często pojawiało się stwierdzenie, że Kailean jest wyidealizowana i nie ma wad.

Kailean jest przede wszystkim młoda, ma teraz jakieś 18-19 lat i faktycznie potrafi sporo więcej niż się po niej spodziewamy. Jednak często wychodzi cało z opresji głównie dlatego, że ma wokół siebie ludzi – czaardan. A akurat ludzie Laskolnyka są bandą, którą trudno pokonać, ich moce i umiejętności tworzą z oddziału świetną machinę do zadań specjalnych. Kailean osobiście bywa bardzo arogancka, jednak jest to arogancja młodej dziewczyny, która próbuje zaistnieć w twardym świecie. Jest kimś bez rodziny, bez posagu, jeżdżącym w zbójeckiej bandzie. W świetle meekhańskich zasad i miejsca kobiety w społeczeństwie jej przyszłość wygląda kiepsko. Trzyma się czaardanu głównie dlatego, że to dla niej forma zastępczej rodziny, szczególnie Laskolnyk jest niczym drugi ojciec. Kailean próbuje być twarda na podobnej zasadzie, co dziewczyny z ulicznych gangów, które muszą się dopasować do wymogów grupy. A czasem może się w tym wspomóc się mocami, które posiada.

Jednak recepcja jej zachowania wśród innych postaci, także jest dość specyficzna. Laskolnyk bardzo ją hołubi i chwali za umiejętności strzeleckie. Nie została też w żaden specjalny sposób ukarana za bezczelność w rozmowie z hrabią Cywrasem-der-Maleg mimo, że według jego wiedzy była tylko służącą wozackiej księżniczki.

W tej ostatniej scenie, w moim mniemaniu, Kailean była chroniona przez immunitet Dagheny. Nawet gdyby hrabia bardzo się na nią wkurzył, to nie mógł jej nic zrobić, albo powiedzieć, gdyż jako „towarzyszka podróży” księżniczki miała dość wysoką pozycję. Kłótnia z nią mogła wywołać jakiś dyplomatyczny zgrzyt. Choć tego nie napisałem, chciałem aby czytelnik wyniósł z tej rozmowy właśnie takie wrażenie. Generalnie staram się, aby moi bohaterowie mieli zarówno sympatyczne, jak i antypatyczne cechy. Bohater nie musi być idealny, dla książki ważniejsza jest fajna opowieść.

Opierasz swoje opowieści na pograniczach, jednak ciekawi nas też środek Imperium oraz osoba cesarza, kumpla Laskolnyka. Czy pojawi się osobiście w powieściach?

Pojawia się już w pierwszym rozdziale najnowszej powieści. Nic więcej nie zdradzę.

Interesuje nas też kwestia Wojen Bogów. Rozsiewasz fragmenty dotyczące tych wydarzeń w wielu miejscach powieści i opowiadań i wydają się one naprawdę bardzo skomplikowane.

Z jednej strony są skomplikowane, z drugiej całkiem proste jeśli wie się o co chodzi *śmiech*. Wiem, że na przykład niektóre monologi Małej Kany, które są całkowicie niezrozumiałe dla czytelnika i współbohaterów potrafią być denerwujące. Jednak za wszelką cenę chcę uniknąć sytuacji, w której bohaterowie spotykają starego mędrca, opowiadającego im całą i prawdziwą historię świata, lub znajdują prastarą księgę, napisaną przypadkiem w znanym im języku. Raz tylko uległem pokusie, w przypadku sceny Deany w Bibliotece Konoweryn, jednak chciałem pokazać, że Biblioteka jest bardzo ważnym elementem tamtejszej kultury, bo gromadzi dokładne informacje o rodach dziedziczących krew Agara. To pozwala jej wpływać w pewien sposób na politykę wewnętrzną, gdyż zawsze może okazać się, że rody niesprzyjające Bibliotece nagle znajdą się poza kolejką dziedziczenia. Jest to jedna z zakulisowych sił, które tam działają.

Czy możemy oczekiwać powtórki Wojen Bogów?

Nie zamierzam opisywać wojen awatarów bogów, którzy posługują się ludźmi jak marionetkami we własnych celach. Na pewno chciałbym bardziej przybliżyć to kim byli Niechciani, skąd się wzięli, jakie były ich motywy działania, co spowoduje najpewniej powstanie kolejnych dużych pytań. W tym przypadku będę chciał ukazać, jak bardzo starano się przekłamać historię, co dzieje się zawsze, gdyż historię piszą ludzie. Lubię czasem wejść na Wikipedię i czytać np. o Bitwie pod Grunwaldem w wersji niemieckiej, która jest bardzo zbliżona do polskiej, ale na przykład w wersji litewskiej można się dowiedzieć, że to Litwini wygrali tę bitwę. W wersji rosyjskiej całą bitwę wygrały pułki smoleńskie, a Polacy tylko stali sobie z boku *śmiech*. Historycy piszą czasem tak, jak im podpowiada serce więc myślę, że nie istnieje coś takiego jak fakt historyczny, są jedynie interpretacje.

W załączeniu do „Pamięci wszystkich słów” możemy znaleźć indeks bóstw, które zostały tylko wspomniane, lub też w ogóle jeszcze nie pojawiły się w tekście. Czy możemy oczekiwać, że będzie więcej scen podobnych do tych w Komnacie Agara?

Należy pamiętać, że nie spotkaliśmy jeszcze żadnego boga w postaci osobowej. Awenderi pojawiały się tylko w czasie Wojen Bogów. Przedstawiciele bogów na ziemi, takie jak trzy wysłanniczki Pani Losu nie są awenderi. Ktoś taki jak Labaya z Biuk to raczej bardzo uzdolniony magicznie śmiertelnik, który zawiera z bogiem rodzaj paktu na zasadzie wymiany. Śmiertelnicy w zamian za zwiększenie swojej mocy zgadzają się być kanałem przesyłowym boga i jego kontaktem ze światem. Korzyści dla śmiertelników mogą być różne – ochrona, dłuższe życie, większe możliwości magiczne. Często stają się także oficjalną lub półoficjalną częścią miejscowej mitologii, bo krążą o nich różne opowieści wśród zwykłych ludzi. Gdyby pojawił się awenderi, miałby nieporównywalnie wyższą moc sprawczą, ale wiąże się to z niebezpieczeństwem utraty przez boga części duszy a więc i części własnej mocy, jeśli awenderi zginie. Poza tym Nieśmiertelni dobrze pamiętają, że awenderi mają skłonność do usamodzielniania się, jako niezależne byty, dlatego bogowie obchodzą tę niedogodność poprzez używanie takich „dziurek od klucza”, lub zdalnie sterowanego robota, który jest łatwo zastępowalny w przypadku utraty przez niego życia.

Najbliżej awenderi jest w tym momencie Altsin, ale na swoich własnych zasadach, gdyż to on objął duszę boga, a nie odwrotnie, jak to działo się wcześniej. A ten złodziej jest na tyle niezależny, uparty i krnąbrny, że tworzy dość niezwykły misz-masz z duszą Bitewnej Pięści.

Imperium jest bardzo rozległe i panują w nim różne warunki atmosferyczne. Zastanawialiśmy się nad klimatem panującym w Ponkee-Laa, które jest miastem portowym. Czy bardziej pasuje porównanie do miast flamandzkich, czy może Wenecji?

Do Ponkee-Laa dociera gigantyczny ciepły prąd morski. Najbardziej pasuje porównanie do środkowej części Włoch. Klimat pozwala na uprawę winorośli, oliwek i innych śródziemnomorskich roślin.

Czy przy tworzeniu miast inspirujesz się jakimiś realnie istniejącymi?

Kiedy myślę o miastach, to widzę miejsce, które ma domy, ulice i mury *śmiech*. Skupiam się głównie na tym, żeby miasto było dopasowane geograficznie do klimatu i miejsca.  Na przykład miasta na północy mają spadziste dachy, gdyż są tam silne opady śniegu a w Ponkee-Laa  Altsin biega po płaskich dachach, gdyż tam śnieg praktycznie nie pada. Ważne jest też umiejscowienie miasta, portowe zawsze będzie ośrodkiem handlu, gdyż nie ma sensu budować go w innym celu i tak dalej.

Skoro już jesteśmy w tych okolicach, to jaki był poprzedni bieg rzeki Elharan?

Pierwotnie miej więcej w okolicach jeziora Andureh rzeka skręcała na południowy zachód Elharan. Góry Wrzasku powstały pod koniec Wojen Bogów wypiętrzone przez Laal, a rzeka najpierw rozlała się w jezioro, a potem znalazła sobie inne ujście. Wcześniej w miejscu, w którym płynęła Elharan panował klimat naprawdę bardzo przyjazny, coś w rodzaju okolic wokół Nilu, które potrafiły wyżywić pół Cesarstwa Rzymskiego. Teraz, wzdłuż dawnego biegu rzeki, panuje tylko pustynia.

A inne inspiracje klimatyczne odnośnie Imperium i okolic?

W środkowej części Meekhanu, między Górami Krzemiennymi a Małym Grzbietem panuje klimat podobny do środkowoeuropejskiego, polskiego czy niemieckiego. Na wschodzie mamy stepy, które są klimatem zbliżone do ukraińskich. Na wysokości Małego Grzbietu mamy mniej więcej Bałtyk, ciepły prąd z południa ogrzewa tamtejsze morze i wyspy, a bardzo wysokie góry odgradzają je od zimnej północy choć przy bardzo mroźnych zimach Morze Awyjskie zamarza. Zaraz za Loharrami i Wielkim Grzbietem kontynent się kończy i zaczyna się arktyczne morze, ale Wielki Grzbiet stanowi skuteczną osłonę przez północnymi wichurami

Gdzie znajduje się Amoneria względem terytorium Imperium?

Na południowy-zachód od Ponkee-Laa. Klimat ma dość przyjazny, śródziemnomorski, gdyż omiata ją prąd, który dociera do Ponkee-Laa. Możemy ją sobie wyobrazić jako mniej górzystą wersję Sycylii.

Będąc na południu, możesz wskazać gdzie znajdowała się afraagra Yatecha?

U podnóża gór Ennekarów. Czasami jego plemię wdaje się walki z plemionami z Małych Stepów, ponieważ przez brak wyraźnej granicy potrafią one wypasać swoje bydło na issraskich terenach. Zresztą mam wrażenie, że jedni i drudzy, Issaram i koczownicy uznają te potyczki za część swojej tradycji. Yatech służył u Aerina, którego posiadłość leżała mniej więcej obok Gór Kamiyo gdyż Aerin również handlował z plemionami z Małych Stepów. Plemiona issarskie rozsiane są po całych Anaarach aż do Gór Wrzasku i te tereny uznają za swoje rdzenne, ale przez przemieszanie z innymi ludami niektóre sięgają nawet zachodnich krańców kontynentu.

Patrząc na mapę widzimy ramkę, która podaje nam pewne ramy czasowe, czyli „Imperium Meekhańskie. Mapa według Katedry Kartografii Uniwersytetu Cesarskiego. Rok 853 po założeniu Miasta”. O które miasto chodzi?

Stary Meekhan. Został założony mniej więcej wtedy, gdy zaczynały się niezwykle silne wojny religijne o dominację między świątyniami na całym kontynencie. Meekhańczycy rozpoczęli swoją ekspansję mniej więcej 400 lat przed czasami, które opisuję. Najpierw skupili się na terenie  na południe od miasta Stary Meekhan podbijając kolejne ziemi należące obecnie do południowej części Imperium. W pewnym momencie, w odpowiedzi na ataki z północy przeprowadzane przez Świątynię Reagwyra, która rządziła głównie na zachód i północny zachód od Starego Meekhanu, wywalczyli sobie przyczółek po północnej części gór Krzemiennych, w pięknej, żyznej dolinie, w której znajduje się  ich obecna stolica, czyli Meekhan oraz zdobyli ujście Elharan, co dało gospodarce Imperium olbrzymiego kopa. Wielki port, z którego można wysyłać towary na cały świat to skarb dla każdego kraju. Właściwie, gdy myślę, o genezie Imperium Meekhańskiego dochodzę do wniosku, że powstało trochę z przypadku a trochę z konieczności. Za każdym razem, gdy Meekhan kończył jedną wojnę to okazywało się, że za granicą ma kolejną agresywną teokrację, która błyskawicznie ogłaszała świętą wojnę przeciw „heretykom” wyznającym jakąś tam Wielką Matkę. Meekhańczycy wzdychali, wzruszali ramionami i mając doskonale wyszkoloną, zawodową armię rozwiązywali problem po swojemu. Jednak okoliczności podboju dokonanego przez Meekhan są różne. Pod koniec podbojów niektóre świątynie już na sam widok ogromu meekhańskiej armii nagle znajdowały święte pisma, które nawoływały do pokoju i uznawały zwierzchność Wielkiej Matki przez co kulty te łagodnie przechodziły pod skrzydła Imperium. Jedyną grupą plemienną, która oparła się Imperium byli wessyrscy górale. Co prawda nie mam wątpliwości, że Wessyrczycy ostatecznie przegraliby starcie z Imperium, dysproporcja sił była zbyt duża, ale obie strony wykazały się wielkim pragmatyzmem więc „podbito” ich dyplomacją, koligaceniem rodów, handlem a nawet tym, że zintegrowano Górską Straż z armią Meekhanu. Zresztą dyplomacja, pieniądze, handel, tolerancja dla wierzeń i miejscowych zwyczajów zawsze była podstawą sukcesu cywilizacyjnego Imperium.

Czy przy okazji premiery nowego tomu, możemy liczyć na podobne mini-opowiadanka, które zostały stworzone jako element promocji „Pamięci wszystkich słów”?

Jeśli starczy czasu, bo jednak wymaga to i napisania i zredagowania takich opowiadań, to nie wykluczam, ale nic na siłę. Na razie traktuję to jako jednorazową akcję.

Piszesz teraz najnowszą powieść, ale co po niej? Planujesz jakąś odskocznię od Meekhanu?

Kiedy książka będzie zamknięta i skończona na pewno zrobię sobie przerwę, żeby się wyspać i odpocząć *śmiech*. Mam parę pomysłów na opowiadania bardziej w klimatach science-fiction, ale trudno powiedzieć co z tego wyjdzie.

Twoje bogate uniwersum i rosnący fandom mogą spowodować, że ktoś zechce napisać fan fiction inspirowane Meekhanem. Niektórzy autorzy, jak Martin wręcz zakazują tworzenia  fanowskich dzieł. Masz do tego jakieś nastawienie?

Szczerze mówiąc, nigdy o tym nawet nie pomyślałem. Nie uważam, żeby mój cykl był na tyle popularny, żeby dorobił się fan fiction. Jeśli będzie to coś dobrego, to raczej nie mam nic przeciwko, ale myślę, że jeszcze za mało się w cyklu wyjaśniło, aby można było stworzyć na jego podstawie coś wartościowego. Wraca czasem temat stworzenia gry planszowej, ale zawsze się to rozbija o to, że nadal nie ujawniłem wielu rzeczy, które są kluczowe dla świata. Tworzenie gry zajmuje kilkanaście miesięcy, a jeśli w międzyczasie wyszłaby książka, mogłoby się okazać, że gra już w momencie wydania jest nieaktualna, a ja nie jestem skłonny do podzielenia się kluczową wiedzą z kimś innym niż czytelnicy i w tempie, które narzuca mi rytm opowieści.

I nieco bardziej personalne pytanie: oglądasz anime?

Oglądam. Dlaczego pytacie?

Wydaje nam się, że Mała Kana posiada cechy anime-girl: jest śliczna, potężna i porąbana.

*śmiech*. Być może rzeczywiście, jakieś elementy kreacji z anime nałożyły się na tę postać. Macie mnie. Oglądam kilka anime. Czekam na drugą część „Ataku Tytanów”. Oglądałem „One Punch Mana” i mnie wciągnęło, bo było to coś nowego. Spodobało mi się „Sword Art Online”, jednak tylko pierwsza część, gdy byli w świecie fantasy. Staram się nie oglądać tych tasiemcowych, takich jak „Bleach”, gdzie mają syndrom urywania głównych wątków i robienia nieważnych fillerów na 200 odcinków. Zwyczajnie takie coś mnie wkurza.

I na koniec: czy jest jakieś pytanie, którego nikt nigdy ci nie zadał, a zawsze chciałeś odpowiedzieć?

Właściwie to nie… chyba nie. Albo nie, mam „Czy przyjmie pan ode mnie milion dolarów?”

Dziękujemy za rozmowę.

 

Luiza Maćkowiak,

Aneta Kruc,

Bartłomiej Skałbania

„Imperium Meekhańskie” na Facebooku.